Już podczas pobytu w Ospie wiedzieliśmy, że na początku maja będziemy mogli zrealizować krótki wyjazd w skały. Ze skromnym budżetem i 10 dniami wolnego postanowiliśmy odwiedzić kolejny dobrze znany w polskim środowisku rejon - Adlitzgraben.
Położony sześć godzin jazdy od Krakowa mur skalny zrobił na nas pozytywne wrażenie, mnie do gustu przypadła zwłaszcza przewieszona połać sektora Monster. Tutaj zjeżdżając z dróg lądujemy dokładnie na dachu przejeżdżającego pod nami samochodu (na szczęście przejeżdża jeden na pół godziny). Zakwaterowanie ma również bardzo osobliwy charakter: trzeciego maja wieczorem na niewielkim skrawku ziemi, tuż przy drodze – zwanym campem dostrzegamy około 100 namiotów, głównie czeskich i polskich. Na szczęście rankiem następnego dnia zostają tylko 4.
Warunki pozostawiają wiele do życzenia, w skałach mierzymy temperaturę – tylko 10 kresek, a do tego zaczyna padać. Następny dzień to głównie narzekanie, pocieranie rąk i krążące po głowie pomysły na alternatywne spędzanie czasu. Po długim spacerze decydujemy się odpuścić i po 3 dniach zlewy opuszczamy zalane Adlitz.
Tegoroczna majówka była jedną z najgorszych od lat, jednak nie mogę narzekać, bo w tym roku już 3 razy wspinałem się za granicą...