Mimo usilnych prób, mimo dużego zapasu mocy i mimo sprzyjających warunków nie udało mi się uporać z zeszłorocznymi porachunkami. Tak to już jest, że na Franken niby nawet jak jest zapas, to do pełnego sukcesu potrzeba jeszcze trochę szczęścia… Mój worek przejść jest tym razem pusty, ale wyjazd niewątpliwie dał dużo nadziei - moja czteromiesięczna kontuzja odeszła już chyba w zapomnienie. Teraz krótka regeneracja i dalsza praca nad stalowymi paluchami, a już niedługo powrót na europejski Camp4 u Marthy :-)
Copyright © 2014 by gorskieblogi